facebook
🐣 Wielkanocna zniżka już teraz! | Kod EASTER zapewni Ci 5% zniżki na całe zakupy. | KOD: EASTER 📋
Zamówienia złożone przed godziną 12:00 są wysyłane natychmiast. | Darmowa wysyłka powyżej 250 PLN | Bezpłatna wymiana i zwrot w ciągu 90 dni

Mało kto by się z tym nie zgodził – wystarczy kilka minut wśród drzew, na łące lub nad rzeką, a człowiek czuje się inaczej. Ramiona opadają, oddech się pogłębia, myśli zwalniają. To nie jest tylko romantyczne wyobrażenie ani efekt placebo. Za tym, dlaczego przyroda tak niezawodnie nas uspokaja, stoją dziesiątki lat badań naukowych, sięgających od japońskich laboratoriów leśnych po europejskie kliniki uniwersyteckie. A co najciekawsze – zasady tego uspokojenia można przenieść także do środowiska wielkiego miasta, gdzie większość z nas spędza zdecydowaną większość swojego czasu.


Wypróbuj nasze naturalne produkty

Czym jest forest bathing i skąd się wzięło

Pojęcie shinrin-yoku, czyli dosłownie „kąpiel leśna", wprowadziło japońskie Ministerstwo Rolnictwa, Leśnictwa i Rybołówstwa w 1982 roku. Nie chodziło przy tym o żaden ezoteryczny koncept – była to przemyślana strategia zdrowotna. Japonia zmagała się wówczas z epidemią stresu związanego z przepracowaniem i urbanizacją, a instytucje rządowe szukały sposobów wspierania zdrowia psychicznego społeczeństwa tanimi i dostępnymi środkami. Las okazał się idealnym „lekiem".

Forest bathing nie oznacza przy tym wysiłku sportowego ani turystyki z plecakiem na plecach. Chodzi o powolne, świadome przebywanie w środowisku leśnym, podczas którego człowiek angażuje wszystkie zmysły – wdycha zapach żywicy i wilgotnej ziemi, słucha śpiewu ptaków i szumu wiatru w koronach drzew, dotyka kory, obserwuje grę światła i cienia. Nie jest to medytacja w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale dzieli z nią jeden zasadniczy element: pełną obecność w danym momencie. I właśnie ta kombinacja doświadczenia zmysłowego i spowolnienia uruchamia w ciele kaskadę zmian fizjologicznych, które nauka potrafi mierzyć i opisywać.

Japoński badacz Qing Li, profesor w Nippon Medical School w Tokio i autor książki Shinrin-yoku: Japońska sztuka terapii leśnej, spędził ponad dwie dekady, badając wpływ środowiska leśnego na zdrowie człowieka. Jego prace publikowane w czasopismach naukowych takich jak Environmental Health and Preventive Medicine wielokrotnie wykazały, że przebywanie w lesie obniża poziom kortyzolu (hormonu stresu), obniża ciśnienie krwi, zwalnia tętno i wzmacnia aktywność tzw. komórek NK – naturalnych zabójców, które odgrywają kluczową rolę w układzie odpornościowym. Niektóre z tych efektów utrzymywały się nawet tydzień po jednorazowym, trzygodzinnym pobycie w lesie. To liczby, które zainteresowałyby nawet najbardziej sceptycznego lekarza.

Ale co dokładnie w środowisku leśnym wywołuje te zmiany? Jednym z kluczowych czynników są fitoncydy – lotne związki organiczne, które drzewa i rośliny uwalniają do powietrza jako część swojej naturalnej obrony przed szkodnikami i patogenami. Drzewa iglaste, zwłaszcza sosna, cedr i cyprys, produkują fitoncydy w szczególnie wysokich stężeniach. Gdy wdychamy te substancje, nasz organizm reaguje wzmocnieniem odpowiedzi immunologicznej. Li w swoich eksperymentach udowodnił, że nawet samo rozpylenie olejków eterycznych z cyprysa hinoki w pokoju hotelowym prowadziło do zwiększenia aktywności komórek NK u badanych osób – przyroda działa więc częściowo także na poziomie biochemicznym, za pośrednictwem substancji, których nawet świadomie nie postrzegamy.

Do tego dochodzą kolejne mechanizmy. Teoria biofilii, którą rozwinął harvardski biolog Edward O. Wilson, zakłada, że ludzie mają ewolucyjnie zakodowaną potrzebę kontaktu z przyrodą, ponieważ przez setki tysięcy lat żyli w środowisku naturalnym i ich mózg jest wciąż na nie „nastawiony". Środowisko miejskie z jego nieustannym strumieniem bodźców – hałas uliczny, migające ekrany, tłumy ludzi – wymaga tzw. uwagi kierowanej, która jest wyczerpująca. Przyroda natomiast oferuje to, co psychologowie Rachel i Stephen Kaplanowie z University of Michigan nazwali „fascynacją" – delikatne, nieinwazyjne bodźce (ruch liści, nurt wody, lot motyla), które przyciągają uwagę, ale jej nie wyczerpują. Mózg w ten sposób odpoczywa, nie „wyłączając się", i odbudowuje swoją zdolność do koncentracji i podejmowania decyzji.

Istnieje również teoria redukcji stresu, sformułowana przez Rogera Ulricha, szwedzko-amerykańskiego badacza w dziedzinie psychologii środowiskowej. Ulrich zasłynął między innymi badaniem z 1984 roku opublikowanym w prestiżowym czasopiśmie Science, w którym wykazał, że pacjenci po operacji pęcherzyka żółciowego, którzy mieli z okna szpitalnego widok na drzewa, wracali do zdrowia szybciej, potrzebowali mniej leków przeciwbólowych i byli wypisywani wcześniej niż pacjenci z widokiem na ceglany mur. Badanie to stało się jednym z najczęściej cytowanych dowodów na to, że kontakt wzrokowy z przyrodą ma mierzalny wpływ na zdrowie fizyczne.

Gdy połączymy wszystkie te odkrycia, wyłania się dość jasny obraz: przyroda nie uspokaja nas tylko dlatego, że jest „ładna" lub że odpoczywamy przy niej od pracy. Działa na nas na wielu poziomach jednocześnie – chemicznie poprzez fitoncydy, neurologicznie dzięki odciążeniu systemów uwagi, psychologicznie poprzez poczucie bezpieczeństwa i ewolucyjnie zakorzenione powinowactwo ze środowiskiem naturalnym. To złożony, wielowarstwowy mechanizm, który działa nawet wtedy, gdy o nim nie wiemy.

Praktyczne pytanie jednak brzmi: jak to wszystko wykorzystać, gdy człowiek mieszka w bloku na obrzeżach Warszawy, Krakowa czy Wrocławia, a do najbliższego lasu ma pół godziny autobusem?

Jak przenieść siłę przyrody do życia w mieście

Dobrą wiadomością jest to, że nie trzeba mieszkać na odludziu pośrodku Bieszczad, żeby czerpać korzyści z kontaktu z przyrodą. Badania pokazują, że nawet stosunkowo krótkie i niewymagające formy kontaktu z zielenią przynoszą wymierne korzyści. Badanie opublikowane w 2019 roku w czasopiśmie Scientific Reports wykazało, że osoby spędzające co najmniej 120 minut tygodniowo w środowisku przyrodniczym wykazywały znacznie wyższy poziom subiektywnego zdrowia i dobrostanu niż te, które nie spędzały w przyrodzie żadnego czasu. Przy czym nie miało znaczenia, czy chodziło o jedną dłuższą wizytę, czy kilka krótszych – ważna była łączna ilość czasu.

Sto dwadzieścia minut tygodniowo – to niecałe dwadzieścia minut dziennie. Tyle czasu potrafi znaleźć naprawdę niemal każdy, nawet w gęsto zabudowanym środowisku miejskim. Wystarczy się trochę rozejrzeć i zacząć dostrzegać przyrodę tam, gdzie już jest, tylko być może ją przeoczamy.

Parki miejskie to najbardziej oczywiste miejsce, od którego można zacząć. Nie chodzi przy tym o to, żeby przez park tylko przejść w drodze z pracy, ale świadomie w nim przebywać – usiąść na ławce, zamknąć na chwilę oczy i wsłuchać się w dźwięki, jakie otoczenie oferuje. Nawet stosunkowo mały park z kilkoma dorosłymi drzewami potrafi stworzyć mikroklimatyczną wyspę, gdzie powietrze jest czystsze, temperatura niższa, a poziom hałasu zredukowany. Wiele polskich miast zresztą w ostatnich latach inwestuje w rewitalizację terenów zielonych – przykładem mogą być warszawskie Łazienki Królewskie, krakowski Park Jordana czy wrocławski Park Szczytnicki.

Ale przyrody w mieście nie trzeba szukać tylko w parkach. Ogrodnictwo i pielęgnacja roślin doniczkowych to kolejny sposób na przybliżenie sobie przyrody. Badania z Holandii i Japonii wielokrotnie wykazały, że nawet zaledwie trzydzieści minut pracy w ogrodzie obniża poziom kortyzolu skuteczniej niż trzydzieści minut czytania we wnętrzu. Nie macie ogrodu? Nie szkodzi – nawet ogrodnictwo balkonowe czy pielęgnacja ziół na parapecie stanowi formę kontaktu z żywą przyrodą, która przypomina mózgowi środowisko, w którym czuje się jak w domu.

Ciekawym konceptem, który w ostatnich latach zyskuje na znaczeniu w urbanistyce i w indywidualnym podejściu do mieszkania, jest tzw. biophilic design – czyli włączanie elementów naturalnych do architektury i projektowania wnętrz. Mogą to być zielone ściany, naturalne materiały jak drewno i kamień, elementy wodne, obfitość światła dziennego czy nawet same widoki na zieleń. Biura zaprojektowane zgodnie z zasadami biofilnego designu wykazują według badań firmy Human Spaces nawet o 15% wyższą produktywność pracowników i o 6% wyższą kreatywność. To przekonujący argument nawet dla tych, którzy przyrodę postrzegają raczej jako tło niż konieczność.

Kolejna praktyczna strategia, jak być bliżej przyrody nawet w centrum miasta, polega na przewartościowaniu codziennych tras i nawyków. Zamiast najkrótszej drogi do pracy spróbować tej, która prowadzi przez park lub wzdłuż rzeki. Zamiast obiadu przy komputerze wziąć kanapkę i zjeść ją na zewnątrz pod drzewem. Zamiast scrollowania mediów społecznościowych przed snem pójść na spacer po zmroku i wsłuchać się w nocne dźwięki. Te drobne zmiany nie wymagają żadnego specjalnego wyposażenia, żadnych biletów wstępu i żadnych podróży – jedynie świadomej decyzji, by dać przyrodzie w codziennym życiu trochę więcej przestrzeni.

Pani Małgorzata z Gdańska, nauczycielka w szkole podstawowej, opisała swoje doświadczenie słowami: „Zaczęłam każdego ranka przed pracą chodzić na dwadzieścia minut do parku przy szkole. Żadna turystyka, żadne stroje sportowe – po prostu tam chodziłam i patrzyłam na drzewa. Po trzech tygodniach uświadomiłam sobie, że przestało mnie ściskać w żołądku, gdy rano wstawałam." Jej historia nie jest odosobniona i ilustruje to, co potwierdzają badania: regularność i świadoma obecność są ważniejsze niż długość czy intensywność przebywania na łonie przyrody.

Jak powiedział japoński profesor Qing Li: „Las jest jak terapeuta, który nigdy nie wystawia rachunku i zawsze ma wolny termin." W tym tkwi piękno forest bathing – to jedna z nielicznych metod terapeutycznych, która jest bezpłatna, nie ma skutków ubocznych i jest dostępna praktycznie dla każdego.

Warto wspomnieć, że kontakt z przyrodą to nie tylko kwestia indywidualnego zdrowia, ale także szerszej relacji ze środowiskiem naturalnym. Badania z zakresu psychologii środowiskowej wskazują, że ludzie, którzy spędzają więcej czasu na łonie przyrody, mają do niej silniejszą więź emocjonalną i chętniej zachowują się w sposób ekologicznie odpowiedzialny – segregują odpady, ograniczają konsumpcję, wybierają zrównoważone produkty. To logiczne: trudno chronić coś, z czym nie łączy nas żadna relacja. W tym sensie forest bathing to nie tylko trend wellness, ale potencjalnie także droga do bardziej zrównoważonego stylu życia.

Dla tych, którzy chcą inwestować w kontakt z przyrodą także za pośrednictwem swojego domu, inspiracją może być wybór naturalnych materiałów i ekologicznych produktów do gospodarstwa domowego – od bawełnianej pościeli, przez drewniane dodatki, po naturalne kosmetyki. Każdy taki przedmiot jest drobnym przypomnieniem świata za oknem i może działać jako sensoryczna kotwica, przypominająca mózgowi środowisko naturalne nawet we wnętrzu.

Nauka stojąca za forest bathing jest solidna i wciąż się rozwija. Z każdym rokiem przybywa nowych badań, które potwierdzają i poszerzają to, co intuicyjnie przeczuwamy od niepamiętnych czasów – że ludzie potrzebują przyrody tak samo, jak przyroda potrzebuje nas. Nie musicie stawać się leśnymi pustelnikami ani ukończyć certyfikowanego kursu shinrin-yoku. Wystarczy jutro rano wyjść dziesięć minut wcześniej, zatrzymać się pod koroną lipy i przez chwilę po prostu oddychać. To drzewo tam na was czeka.

Udostępnij to
Kategoria Wyszukiwanie Twój koszyk