Gotowanie dla jednej osoby bez marnowania i nudnego powtarzania
Żyć samemu i jednocześnie dobrze się odżywiać – brzmi jak proste zadanie, ale w praktyce okazuje się dość skomplikowanym równaniem. Kto choć raz stał w supermarkecie przed półką z paprykami i zastanawiał się, czy kupić cały kilogram, czy może trzy sztuki, wie dokładnie, o czym mowa. Gotowanie dla jednej osoby wiąże się ze specyficznymi wyzwaniami, które zasadniczo różnią się od gotowania dla rodziny czy pary – a mimo to mówi się o nich zbyt mało.
Statystyki mówią wyraźnie. Według danych Czeskiego Urzędu Statystycznego jednoosobowe gospodarstwa domowe w Czechach stanowią coraz większy odsetek wszystkich gospodarstw, a ich liczba stale rośnie. Za tą liczbą kryją się miliony ludzi, którzy każdego wieczoru rozwiązują to samo pytanie: co ugotować, żeby nie było znowu to samo, żeby nic się nie zepsuło i żeby gotowanie w ogóle miało sens? Odpowiedź nie jest skomplikowana, ale wymaga nieco innego podejścia do planowania, zakupów i samego gotowania.
Wypróbuj nasze naturalne produkty
Dlaczego gotowanie dla jednej osoby tak łatwo zamienia się w nudny kołowrót
Problem zaczyna się zazwyczaj jeszcze zanim w ogóle włączy się kuchenkę. Większość przepisów jest bowiem zaprojektowana na cztery do sześciu porcji, ponieważ z taką ilością pracuje tradycyjna kuchenna logika. Kto więc bez zastanowienia zabierze się za gotowanie według klasycznej książki kucharskiej, skończy z garnkiem pełnym jedzenia, które będzie musiał jeść przez kilka kolejnych dni. I właśnie tutaj rodzi się to poczucie, że gotowanie dla jednej osoby jest nudne – nie dlatego, że ktoś nie umie gotować, ale dlatego, że system po prostu nie jest dostosowany do jego sytuacji.
Kolejną pułapką są zakupy. Warzywa sprzedawane są w pęczkach, mięso w opakowaniach po pół kilograma, jogurty w multipackach. Kupienie dokładnie tego, co jedna osoba zużyje, bez wyrzucania czegokolwiek, to niemal nadludzki wyczyn – jeśli nie ma się jasnego planu. A bez planu dzieje się dokładnie to, co się dzieje: w lodówce leży połowa selera, trzy rozmiękłe pomidory i resztka śmietany, do której nikt się nie przyznaje. Efektem jest stres, poczucie winy i kolacja z serwisu dostawczego.
Tymczasem istnieje prosta zmiana myślenia, która odmienia całą sytuację. Nie chodzi o to, żeby gotować mniej lub się ograniczać – chodzi o to, żeby myśleć o gotowaniu jak o systemie, a nie o serii przypadkowych decyzji. Gdy tylko człowiek zacznie podchodzić do jedzenia z odrobiną przewidywalności, nudny kołowrót naturalnie się rozpada.
Dobrym przykładem z praktyki jest Jana, trzydziestotrzyletnia graficzka mieszkająca sama w Brnie. Jeszcze rok temu robiła zakupy bez listy, gotowała intuicyjnie i każdego tygodnia wyrzucała średnio dwie do trzech porcji jedzenia. Potem zaczęła planować tylko pięć posiłków z wyprzedzeniem – nie siedem, tylko pięć, żeby mieć miejsce na spontaniczność – i rezultat był zaskakujący. Nie tylko przestała marnować jedzenie, ale odkryła, że gotuje bardziej różnorodnie niż wcześniej, bo musiała przemyśleć, jak łączyć różne składniki przez cały tydzień.

Jak planować mądrze, gotować różnorodnie i przy tym nie marnować jedzenia
Kluczem do różnorodności bez marnowania jest tak zwana zasada podstawowych składników. Zamiast kupować składniki do konkretnego przepisu, człowiek wybiera co tydzień trzy do czterech podstawowych produktów, które są uniwersalne i można je łączyć na różne sposoby. Na przykład ciecierzyca posłuży jako baza do hummusu, zostanie dodana do zupy lub uprażona na patelni z przyprawami jako chrupiący topping do sałatki. Bataty można upiec, rozgnieść na purée lub pokroić w frytki. Jajka to chyba najbardziej uniwersalny składnik ze wszystkich – a przy tym są dostępne, tanie i łatwe do dozowania po jednej sztuce.
To podejście ma jeszcze jedną ukrytą zaletę: zmusza do kreatywności, która jest dokładnym przeciwieństwem stereotypu. Gdy ktoś ma w domu garść szpinaku, połówkę cebuli i jajka, może ugotować omlet, jajecznicę ze szpinakiem lub proste jajko w obranym pomidorze po włosku – zależy od nastroju, nie od ścisłego przepisu. Pisarz kulinarny Michael Pollan ujął to trafnie: „Gotuj. Niezbyt dużo. Głównie rośliny." Ta pozornie prosta rada kryje w sobie całą filozofię podejścia do jedzenia, która ma szczególny sens dla tych, którzy gotują sami.
Kolejnym praktycznym narzędziem jest tak zwany batch cooking – czyli przygotowywanie z wyprzedzeniem pewnych składników posiłków, ale nie całych gotowych dań. Różnica jest zasadnicza. Ugotowanie na początku tygodnia garnka ryżu lub komosy ryżowej, upieczenie blachy warzyw i ugotowanie roślin strączkowych nie oznacza jedzenia przez cały tydzień tego samego – oznacza posiadanie pod ręką cegiełek, z których każdego dnia powstaje coś innego. Z komosy ryżowej z pieczonymi warzywami i tahini powstaje poniedziałkowa miska. Ta sama komosa ryżowa we wtorek zamienia się w ciepłą zupę z mlekiem kokosowym. W środę warzywa trafiają na patelnię z jajkami. Żadne danie się nie powtarza, choć podstawowe składniki są te same.
Jeśli chodzi konkretnie o marnowanie jedzenia, warto znać kilka prostych trików, które mogą zaoszczędzić nie tylko pieniądze, ale i sumienie. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) szacuje, że około jedna trzecia całej produkcji żywności na świecie trafia jako odpad – a gospodarstwa domowe są jednym z największych wkładowców do tej liczby. Tymczasem wiele z tego, co ludzie wyrzucają, nadal nadaje się do spożycia.
Łodyżki ziół można wykorzystać do bulionu. Obierki z marchewki lub selera można podsmażyć na złoto i dodać do zupy jako smaczny dodatek. Przejrzałe pomidory to idealny punkt wyjścia do szybkiego sosu. Chleb, który zaczyna twardnieć, zamienia się w grzanki lub w jajeczny tosty francuskie. Marnowanie jedzenia jest w dużej mierze kwestią nawyku i uwagi, a nie złej woli – a małe zmiany w myśleniu mają zaskakująco duży wpływ.
Praktycznie rzecz biorąc, w gotowaniu dla jednej osoby sprawdzają się również te proste zasady:
- Rób zakupy z konkretnym planem, ale zachowaj elastyczność na dwa posiłki z tego, co jest akurat w promocji lub co zostanie.
- Inwestuj w dobrej jakości pojemniki do przechowywania – odpowiednio przechowywane produkty dłużej zachowują świeżość, a resztki z kolacji następnego dnia stają się lunchem.
- Mroź strategicznie – porcję sosu, zupy lub upieczonego mięsa można zamrozić i wyjąć w chwili, gdy nie ma czasu ani ochoty na gotowanie.
- Kupuj mniej, ale częściej – świeże warzywa kupowane dwa razy w tygodniu są lepsze niż duże zakupy raz na tydzień, po których połowa czernieje w szufladzie.
Radość z gotowania dla samego siebie
Jest jeszcze jedna rzecz, o której przy gotowaniu dla jednej osoby mówi się rzadko, a która jest być może najważniejsza: gotowanie dla samego siebie może być radością. To nie jest kompromis ani namiastka „prawdziwego" gotowania dla rodziny czy przyjaciół. To okazja, żeby gotować dokładnie to, na co ma się ochotę, bez oglądania się na cudze preferencje, alergie czy gust.
Ktoś, kto gotuje sam, może sobie pozwolić na eksperymenty bez ryzyka, że cała rodzina będzie niezadowolona. Może zjeść na obiad tylko miseczkę zupy miso z tofu, bo ma na to ochotę. Może wypróbować nową kuchnię – etiopską, gruzińską, peruwiańską – bez konieczności przekonywania kogokolwiek innego. Ta wolność to właściwie dar, którego wiele osób mieszkających samotnie nie docenia wystarczająco.
Gotowanie dla jednej osoby prowadzi też naturalnie do głębszego zrozumienia składników i smaków. Kto każdego dnia samodzielnie przygotowuje posiłki, bardzo szybko odkrywa, co mu naprawdę smakuje, co go syci i co mu z kolei nie odpowiada. Ta wiedza o sobie samym jest podstawą nie tylko dobrego odżywiania, ale i zdrowej relacji z jedzeniem w ogóle. A to wartość, która wykracza poza każdy konkretny przepis.
Klucz do tego, żeby gotowanie dla jednej osoby nie sprawiało wrażenia kary ani nudnego obowiązku, nie tkwi więc w żadnym skomplikowanym systemie. Wystarczy odrobina planowania, gotowość do kreatywnego łączenia składników, świadomość tego, co leży w lodówce i jak to wykorzystać – a przede wszystkim podejście, które traktuje gotowanie dla samego siebie poważnie. Bo jedzenie przygotowane z troską i uwagą zawsze smakuje lepiej niż to, które powstało z przyzwyczajenia lub z przymusu. I to obowiązuje bez względu na to, ile talerzy stoi na stole.